czwartek, 18 sierpnia 2016

Rozgrzewka z zadyszką

Bałam się, tego lata. Bałam się, że odpadnę. Wiedziałam, że czeka mnie remont, więcej czasu na dworze i takie tam inne sezonowe sprawy. Modliłam się żeby nie było upałów (tak, można powiedzieć, że deszczowe lato to moja sprawka ;)), bo ja je źle znoszę i nie zdołam się zmotywować do czegokolwiek. Ale próbowałam być dobrej myśli. Miałam ambitne plany, mnóstwo pomysłów i nawet spore rękodzielnicze zakupy na koncie. Ale przegrałam. I to wcale nie z remontem. Nie z brakiem czasu. Nie z upałem. Pokonały mnie... mdłości :) Mdłości i senność nie do ogarnięcia. Dopadła mnie życiowa rewolucja, która dosłownie zbiła mnie z nóg. Jedyne do czego ostatnio byłam zdolna to spanie, najwyraźniej groszek/fasolka (niepotrzebne skreślić) tego potrzebował/a :) Powoli dochodzę do siebie i wracam do normalnego rytmu, ale szału jeszcze nie ma. Ostatnio udało mi się jednak zmotywować do pracy. W wielkich bólach, ale myślę, że z sukcesem uszyłam zielone koralikowe kolczyki, które prezentują się całkiem dobrze jak na tak długą przerwę :)








Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej i wkrótce uda mi się uszyć coś okazalszego :)

niedziela, 10 lipca 2016

Z lekką nutą mięty

Trudny czas dla mnie nastał ostatnio. W remontowym bałaganie, osaczona psującymi się na potęgę domowymi sprzętami, próbowałam korzystać z ostatnich chwil urlopu i uszyć choć jedną małą rzecz. Odkopałam zakupione dawno temu guzikowe serduszko i postanowiłam się nim zająć. 
Sznurków użyłam rozmaitych- od bieli, przez szarość, po miętę aż do fioletu. Szarość kryształów postanowiłam przełamać lekką nutką mięty. Boki uzupełniłam pióropuszami z Rizo. Całość zawiesiłam na sznurkach woskowanych zaplecionych w warkocz. Wisior nie jest może przesadnie ambitnym tworem, ale jest dość ciekawy i tego lata na pewno często będzie mi towarzyszył :)










niedziela, 3 lipca 2016

Fatamorgana

        Chociaż lepszą nazwą dla tej bransoletki byłaby  "poskromienie złośnicy"... Nawet ja potrzebuję czasami wyciszyć emocje i stonować kolory. Mam ostatnio tyle wrażeń, że zapragnęłam odrobiny spokoju. Leżenie brzuchem do góry nie wchodziło jednak w grę :) Mój stan ducha uznałam za doskonałą okazję na wypróbowanie cudownych metalizowanych sznurków jakie ostatnio kupiłam. Piaskowe beże i brązy skojarzyły mi się z piaskiem pustyni, a delikatna zieleń przełamana odrobiną kolorowych Toho to taka mała oaza... Chyba jednak mnie trochę poniosło :) Ot, fatamorgana w mojej głowie :)




Niecała bransoletka jest jednak z sutaszu. Wymskło mi się małe udziwnienie w postaci seledynowych jadeitów umieszczonych na gumce, dzięki czemu bransoletka jest wsuwana i nie posiada zapięcia :)











  






Nie byłam do końca zadowolona podczas szycia bransoletki. To chyba jednak nie moje kolory. Jednak widok tego, jak przepięknie mieni się w słońcu ostatecznie mnie kupił :) Odpoczęłam i już wracam do moich zwykłych szaleństw :)

czwartek, 30 czerwca 2016

Ten drugi

         Przedstawiam drugi z labradorytów jaki ostatnio zakupiłam. Jest sporo większy od poprzedniego i równie piękny :) Postanowiłam jednak zrobić go w zupełnie innym klimacie. Tym razem użyłam Toho w rozmiarze 8/0 w kolorze hematytu, złota i czegoś co trochę przypomina metalizowany fiolet (oczywiście nie posiadam oryginalnych opakowań od koralików), jednak aby nawiązać do naturalnej barwy kamienia wprowadziłam trochę metalizowanej zieleni. Od razu wiedziałam, że nie będę kombinować z obudową, jednak nie byłabym sobą gdybym pozostawiła kamień aż w tak prostej oprawie. Więc pojawił się chwost w kolorze fuksji :) Żeby go trochę ujarzmić ozdobiłam go dwiema obrączkami z Toho wyplecionymi ściegiem peyote. 
Mam nadzieję, że drugi nie znaczy w tym wypadku gorszy i mój wisiorek się Wam spodoba :)



















wtorek, 21 czerwca 2016

Kwiat pustyni

Jakoś ostatnio u mnie wiele okazji żeby się wystroić :) Nawet zakupiłam sukienkę :) Klasyczną małą czarną, którą postanowiłam ozdobić czymś dla mnie niestandardowym (tzn. nie naszyjnikiem). Powstała więc brosza pokaźnych rozmiarów, którą ewentualnie można potraktować jako wisior. W założeniu miała być czerwona, błyszcząca, ale klasyczna. Taaaa.... Drogą eliminacji na wejście odpadła klasyka :) Myśląc o czerwieni przecież nie mogłam zrobić czegoś po prostu czerwonego. Dlatego też wkradł się fiolet do spółki z pomarańczem, złotem i srebrem. Błysk zapewniłam sobie szklanymi kryształkami w różnych odcieniach czerwieni. 
Z broszki jestem bardzo zadowolona. Mimo jej sporych rozmiarów chętnie ją eksponuję, nawet na co dzień. W moim odczuciu jest nawet trochę egzotyczna dlatego też postanowiłam zgłosić ją do wyzwania sutasz.info pt. "Biżuteria dla sułtanki (Inspiracja niezwykłymi rekwizytami serialu 'Wspaniałe Stulecie')". Serialu nie oglądam, ale jak sobie pomyślę o sułtance to w moim odczuciu musi być dużo i błyszcząco, więc moja brocha się sprawdza :)




















niedziela, 5 czerwca 2016

Wymarzony

Na labradoryty chorowałam od zawsze, jeszcze zanim zaczęłam zajmować się rękodziełem. Najpierw podziwiałam te zamknięte w srebrze, potem odkryłam oprawione w koralikach. Robiąc rękodzielnicze zakupy wielokrotnie lądowały w moim koszyku, żeby potem ustąpić miejsca innym skarbom, w danym momencie bardziej użytecznym. Środki jakie mogę przeznaczyć na moją pasję nie są niestety powalające, więc szkoda było mi przeznaczyć cały miesięczny budżet na jeden kamień. Niedawno jeden ze sklepów zrobił promocję na te piękności i mogłam zaszaleć :) W przypływie radości zakupiłam dwa. Dziś z ogromną przyjemnością przedstawiam pierwszy z nich. Kamienie są na tyle piękne, że szkoda mi było chować je w sutaszowe sznurki, więc znowu postawiłam na koraliki. Użyłam niebieskich, hematytowych i złotych Toho- niestety w przypływie "geniuszu" przesypałam koraliki w maleńkie pudełeczka i teraz nie znam ich dokładnych kolorów :) Cała ja :) Same Toho jednak mi nie wystarczyły więc dookoła pojawiły się jeszcze Fire Polish, również niebieskie. 
Kiedy labradoryt został obszyty pojawił się problem na czym go zawiesić. Jak szaleć, to szaleć- zdecydowałam się spróbować z koralikową krawatką, której jeszcze nigdy nie robiłam. Skorzystałam z tutorialu Cateriny z bloga Miracolo- zakątek spełnionych marzeń , sam tutorial jest dostępny TU. Instrukcja bardzo przyjemna w odbiorze i nawet takie toporne na instrukcje koralikowe stworzenie jak ja chyba dało sobie radę :)

A oto i moje cudo :)

















niedziela, 29 maja 2016

Bez ochów i achów

Moja rodzina ma mnie raczej za dziwaka. No bo jak można tak ciągle siedzieć i szyć? Jak pracując na pełen etat, będąc żoną i matką można sobie pozwolić na domowe zaniedbania? Przecież sprzątanie, pranie i prasowanie powinny wypełniać cały mój wolny czas. No i okna trzeba myć co najmniej raz w tygodniu a podłogę ze dwa razy dziennie... :) Żeńska część mojej familii czyli mama i siostra ma absolutnego kręćka na punkcie sprzątania i ogródka, więc jakim cudem się wyrodziłam? :) Jakoś sobie radzę :) Dom jest jako tako ogarnięty, garderoba w komplecie a mąż i córka raczej nie narzekają na moje hobby. I żadne babskie gderanie raczej nie zmieni tego jak żyję. Tylko czasem taki żal się we mnie budzi, że może miło byłoby usłyszeć, że to co robię jest fajne. 
I ostatnio się zdziwiłam. Moja siostra ma wyjście i poprosiła mnie o uszycie kolczyków, bo  widziała, że sobie zrobiłam takie ładne... Ochów i achów jak nie było, tak nie ma, ale uznałam to za komplement :) Kolczyki miały być "no takie zielone, ale nie za bardzo, takie zgniłe" i pasować do kombinezonu w podobnym kolorze. Wywnioskowałam, że chodziło o kolor khaki i właśnie takich sznurków użyłam. Połączyłam je z szarością a efekt moje pracy na szczęście podoba się nie tylko mnie :)